- Ludzie czują się elitarnie, bo mówią, że widzieli ten odcinek i tamten. A tu się nagle okazuje, że wszyscy mogą to obejrzeć. "Spadkobiercy" w Polsacie są dla ludzi, którzy nigdy ich nie widzieli na żywo. Chciałem dać im szansę – mówi w wywiadzie dla kabaret.blox.pl Dariusz Kamys z kabaretu Hrabi, pomysłodawca i reżyser serialu "Spadkobiercy".
- Seweryn Domagała: Zacznijmy od kwestii podstawowej. Czym są "Spadkobiercy"?
- Dariusz Kamys: Pomysłem, który się świetnie wstrzelił, opartym na niesamowicie prostym schemacie. Ludzie, którzy występują w serialu, dostają zadania aktorskie. Jako że jest to parodia tasiemcowych seriali, a każda improwizacja musi wokół czegoś krążyć, to tutaj "Spadkobiercy" odnoszą się do m.in. "Dynastii" i "Mody na sukces". Zabawa polega na tym, że przed każdym odcinkiem na piętnaście minut przed startem, zbieram wszystkich ludzi, którzy grają w serialu i mówię im, jakie grają postaci, w jakich scenach występują, jakie rzeczy mają wykonać. Np. ty chcesz brać narkotyki, bo czujesz, że ojciec cię odrzucił. W tym momencie wchodzi twoja siostra Dorin i stara się ciebie od tego odwieźć. Takich scenek jest zazwyczaj sześć. Cały myk polega na tym, że ludzie nie mają czasu się przygotować, a bardzo ważne w tym jest to, że informuję o tym ludzi. Chodzi o obniżenie oczekiwań, ponieważ człowiek, który idzie na kabaret ma je określone. W "Spadkobiercach" trzeba koniecznie te oczekiwania pominąć. W tym momencie, kiedy publika wie i wierzy, że było tylko piętnaście minut na przygotowanie, to bardzo dużo rzeczy wydaje się być zabawnymi, fajnymi i godnymi podziwu.
- Zdarzyło się kiedyś, że publiczność nie uwierzyła w improwizację?
- Nie, nie ma takiej możliwości. Chociaż był jeden odcinek, pierwsza próba realizacji telewizyjnej przy okazji PAKI, który wypadł słabiej. Tam ciekawostką było to, że aktorzy za dobrze grali. Wszystko bardzo gładko przeszło, nie było widać wysiłku, zadziorów, zapowietrzeń. To jest ważne, ponieważ ludzie muszą cały czas czuć i wiedzieć, że to jest improwizacja. Aśka Kołaczkowska ma coś takiego jak nadświadomość. Ona mogłaby absolutnie płynnie wszystko robić. Aśka stosuje celowe środki wyrazów, zapowietrza się, niby się przejęzycza, po to, aby widz miał tę pewność, że improwizuje.
- Mieli kiedyś aktorzy więcej niż piętnaście minut na przygotowania?
- Umówmy się co do jednej rzeczy. W trakcie tych piętnastu minut, które im zostają, mają szansę coś przygotować.
- Coś ustalić.
- Co mogą sobie ustalić? Pewien porządek, sposób wykonania, ale nie ustalą sobie dialogów, żadnych gagów. Ile można w ciągu 15 minut wymyślić żartów? To musi się wydarzyć na scenie.
- Jakie kryteria stosujesz w doborze ludzi do serialu?
- Najczęściej obserwuję i szukam pewnej swobody na scenie. Jak aktor podchodzi do grania, jak bardzo jest spięty, czy jest osobą, która ma wszystko poukładane, jak reaguje w momentach nietypowych. Mocno bazuję też na wyczuciu. Ale nie zawsze mi się udaje dobrze strzelić. Na PACE silnym kryterium było dla mnie to, aby ze wszystkich kabaretów był przedstawiciel. Miałem takie ambicje...
-Żeby ktoś się nie obraził?
-Żeby było fajnie. Ja jestem z gatunku tych facetów, którzy chcą, aby było fajnie. Czasami brałem ludzi, którzy nie dawali sobie rady.
- Oczywiście nie poznamy tych osób.
- Nie, ma być fajnie. (śmiech)
- Komu idzie najlepiej w serialu? No, oczywiście, pomijamy Aśkę Kołaczkowską.
- Tak, to jest absolutne mistrzostwo. Teraz przy realizacjach Polsatu Artur Andrus, który jest znakomicie poukładany, idealny pod serial. Gra Jonathana Owensa, ojca, i ma tę wiarygodność starszego człowieka. Radzi sobie dobrze nawet w sytuacjach trudnych, a trudną sytuacją jest wspólna scena z Robertem Górskim. Górskiego nazywamy "Walcem". On jest jak burza. Bardzo lubię Górala, ma niesamowity talent, dużo pisze, jest bardzo kreatywny, ale w serialu jest jak walec, nie patrzy na innych. W "Spadkobiercach" trzeba współpracować, takie są reguły. Rzucasz coś, ktoś ci odpowiada. Nie ma pośpiechu.
- Musi być interakcja.
- I wtedy fajnie wychodzi. Góralowi tego brakuje. On bardzo fajnie wchodzi, taką szarżą. Jak się rozpędzi, to rozpirza wszystko na boki, ale trzeba to powiedzieć, że bardzo śmiesznie.
- Scena, bodajże w pierwszej realizacji telewizyjnej "Spadkobierców" z PAKI, gdzie Górski był z Januszem Rewersem, była totalnie kontrolowana przez Roberta [mowa o odc. 70; do obejrzenia na Youtube].
- To były jeszcze czasy, kiedy współpracował. Górski jest w stanie zniszczyć każdego. Są dwie osoby, które sobie z nim radzą - Aśka Kołaczkowska i Artur Andrus. Po jednej z realizacji chichraliśmy się, że kto się spóźni kolejnego dnia na nagranie, to będzie miał karę w postaci zagrania sceny z Góralem. (śmiech)
- Jesteś czasami zdziwiony, co kabareciarze są w stanie wymyślić na scenie?
- Zdziwiony? Jestem zachwycony! Zabrzmi to może trochę dwuznacznie i głupio, bo robię ten serial, ale jestem wielkim fanem tego, co ludzie wymyślają. Zawsze jestem ubawiony na serialu. Mam większy ubaw od widowni, bo wiem, jak to miało wyglądać, a widzę, jak to wygląda.
- Jakiś przykład?
- George [Robert Górski] miał się dowiedzieć od McPhersona, bo istnieje dziwna rzecz w wietnamskiej historii, niejasna plama, coś się wydarzyło, coś co dotyczy ojca George’a, pewnej rzeczy. Tak się złożyło, że scena była w knajpie, gdzie kelnerem jest McPherson. I efekt był taki, że George przyszedł, usiadł i poprosił, aby McPherson zrobił mu zatrutą świnię, którą chce podrzucić na wesele swojej siostry. Scena zupełnie inna, niż w zamierzeniu, ale śmieszna.
- Czy improwizacji można się nauczyć, czy trzeba po prostu posiadać talent?
- Są ludzie, którzy mają to coś, i potrafią się w tym znakomicie odnaleźć, ale są też tacy, którzy mają trudności. Patent jest taki, że jeśli się podporządkujesz pewnym prawom, to na pewno zawsze możesz być na przyzwoitym poziomie i zejść z podniesioną głową.
- Ile trwa serial?
- [trwa spokojne przeliczanie] Około 14 lat.
Wystąpiłeś kiedyś?
Tak, raz.
- I jak poszło?
- Źle tam funkcjonowałem ze względu na brak podzielności uwagi. Kobiety są w tym od nas o wiele lepsze, a ja w tym jestem beznadziejny. Nie potrafiłem oddzielić dwóch rzeczy: odpowiedzialności za cały serial i swoje istnienie w serialu. Stwierdziłem, że to nie ma sensu. Natomiast improwizacji się nie boję, lubię to. Często się to zdarza u nas w kabarecie. Nie mamy problemów, żeby wejść w inną rzeczywistość. Kiedyś w Poznaniu zgasło nam światło podczas występu, od razu przeszliśmy w konwencję słuchowiska.
- Spotkałeś się z tym, aby widownia przestała wierzyć w to, co się dzieje na scenie? Chodzi mi o udawanie wpadek przez aktorów.
- Nie wiem. Mam wrażenie, że takich rzeczy nie było, ale głowy nie dam.
- Jak najczęściej wyglą- dają reakcje aktorów po zakończeniu serialu? Ktoś podszedł do Ciebie kiedyś i powiedział, że się zawiódł?
- Zazwyczaj jest zadowo-lenie i mówienie, że w następnym odcinku chętnie by wziął udział. Pamiętam, że przez długi czas namawiałem Piotrka Bałtroczyka. On zawsze odpowiadał "nie". A teraz w "Piotr Bałtroczyk przedstawia" udało mi się go namówić i pamiętam, że po pierwszym odcinku był bardzo przejęty. Ale zdecydował się, zagrał, z resztą bardzo fajnie, a zaraz po występie powiedział "chcę jeszcze".
- Czemu zdecydowałeś się, aby serial był emitowany w Polsacie?
- Wbrew pozorom to nie są przyczyny komercyjne. Pomysł jest tak interesujący, że według mnie można z tego zrobić genialny format telewizyjny. Wartościowy i fajny. Mam marzenie, że to się może kiedyś uda. Niestety, w tym kraju nie jest tak, że nagle ktoś przychodzi do ciebie i mówi "robisz fajną rzecz, zapraszam". Niestety na wiele rzeczy po drodze trzeba się zgodzić, żeby przekonać ludzi do tego. Zdaję sobie sprawę z ryzyka, że gdyby to się gdzieś tam, przepraszam za wyrażenie, zesrało w telewizji, to mogłoby mieć przełożenie na serial w trakcie festiwali i przeglądów.
- Słyszałem głosy i powiem, że powoli w tę stronę moje nastawienie do serialu zaczyna zmierzać, iż odkąd serial pojawia się regularnie w Polsacie, stracił to "coś". A tym "czymś" może być chociażby elitarność.
- To mówią ludzie, którzy widzieli serial na żywo. To jest pewna cena, którą trzeba zapłacić. Zastanawiałem się nad tym. Ale moje ambicje artystyczne nie ograniczają się tylko do sceny. Jeśli mogę zrobić coś fajnego w kontekście telewizyjnym, to czemu nie? To jest ta próba. Ludzie czują się elitarnie, bo mówią, że widzieli ten odcinek i tamten. A tu się nagle okazuje, że wszyscy mogą to obejrzeć. Zrobiłem to dla ludzi, którzy nigdy nie widzieli, chciałem dać im szansę.
- I powiększyłeś grono odbiorców. Zauważyłem to w tym roku na Debeściaku, gdzie cała sala po przerwie wróciła na swoje miejsca i czekała na serial, a rok wcześniej, w 2007 roku, było zgoła inaczej. Wówczas ponad połowa widowni poszła do domu.
- Tak jest zawsze. Jak nie znają, to nie idą. Ale jak dojdzie do nich pozytywna fama, to się przekonują. Dwa razy z rzędu w ankietach na PACE serial był najwyżej notowaną imprezą. Mamy tu do czynienia z niesamowicie nieprzyzwoitym stosunkiem wkładu pracy do efektu.
- Zauważyłeś wzrost zainteresowania po emisji serialu w Polsacie, nie ze strony widowni, ale ze strony organizatorów?
- Nie. Na razie czekam na powtórki, bo czas emisji jest, nie czarujmy się... O północy w sobotę ludzie oglądają filmy albo nie siedzą w domach. Z moich umów z telewizją wynika, że te wszystkie odcinki będą powtórzone w jakimś normalnym czasie. Wtedy poznam więcej konkretów.
- Czy "Spadkobiercy" to kolejny krok kabaretu Hrabi w stronę telewizji?
- Absolutnie nie. To jest inny byt artystyczny. Trzeba pamiętać, że jest to próba działania artystycznego. Nie ja poszedłem do telewizji z pomysłem, ale telewizja mi zaproponowała realizację. Kiedy negocjowaliśmy warunki mówiłem, że tego w telewizji nie musi być, nic na siłę. Kabaret Hrabi ma własną politykę, inne podejście.
- No tak, ale jednak muszę powiedzieć, że jest to świetna metoda. Nie pojawiacie się w telewizji z własną twórczością z zakresu kabaretu Hrabi, ale za to pojawiacie się w serialu, a to przysparza Wam popularności. Znaleźliście bardzo sprytną metodę na telewizję.
- Oczywiście. Ale nie o to nam chodzi. Nie po to to robimy, aby zdobyć popularność. Dla mnie celem jest format telewizyjny o dużym pierwiastku artystycznym. To jest o wiele bardziej ciekawe niż "Gwiazdy tańczą na lodzie".